Przez łęgi, wzdłuż Sanu do krasiczyńskiego zamku

Przez łęgi, wzdłuż Sanu do krasiczyńskiego zamku by Polek
Przez łęgi, wzdłuż Sanu do krasiczyńskiego zamku, a photo by Polek on Flickr.

Dolna droga w Zalesiu zakręca w górę i krzyżuje się z górną w miejscu w którym wyszedłem z lasu. Ta pętla zajęła mi więc niecałe pół godziny. Mijają mnie jacyś rowerzyści, ruch turystyczny nie zanikł tylko przestawił się na rowery. Schodzę do Olszan w 50 minut. Wychodzę przy piętrowym budynku, który okazuje się szkołą. Droga na dole wykonuje dość nie przewidywalny zawijas zamiast zejść wprost. Wracam na asfalt, na odcinek drogi krajowej, przy którym łapałem wczoraj stopa. Tym razem jednak idę żwawo do skrętu w lewo, gdzie odnajduje się niebieski szlak. Schodzę nad San, ale wcześniej niż pokazuje to mapa. Płoszę jakiegoś bociana. Pojawiają się niespotykane wcześniej kwiaty, które przypominają budową kielicha storczyki.
Wejście na górę nie jest takie wygodne jak zejście. Przydają się długie spodnie, które przy przechodzeniu przez takie chaszcze trzeba rozwinąć do dołu. Dotykam ponownie drogi krajowej. Ten odcinek zajął mi 35 minut, i dodatkowo 10 po szosie wcześniej, gdzie podjadałem zerwane z jednej z jabłoni jabłko.
Druga cześć powrotnego szlaku do Krasiczyna jest już dużo mniej dzika. Zabudowa przyczółka Nahurczany chwile się ciągnie. Nowe domy przeplatają się ze starymi. Bliżej Sanu są to zwykłe domki letnie, wypoczynkowe z drewnianymi płotami. Ponad łąkami przebija się zamek.
W jednym tylko momencie muszę pokombinować by objeść czyjś mocno ogrodzony zagon warzywny. Do każdego z patyków utrzymujących sznurek jest przyczepiona butelka, strachy na ptaki występują w dużej ilości także w środku. Choć omijam cześć zagrodzoną idąc bokiem mało co nie przewracam się o dynie która wyrosła obok. W końcu docieram do zabudowań za zamkiem o 15:15, cały ten odcinek zajmuje mi więc kolejne 50 minut.
Idę na obiad do śpiewających panien, choć akurat przyjmująca zamówienia, co jest trochę ironią, ma wadę wymowy, i trudno ją zrozumieć. Tym razem wszystkie stoły na zewnątrz są już pozajmowane i muszę przysiąść w środku. Nie mogę sobie wyobrazić polecanej na dziś ogórkowej z ryżem, więc zostaje przy drugim daniu z tej listy: smażonym serze z frytkami i surówkami (14 zł). Wypijam do tego małego Tymbarka, który znika zbyt szybko, by go zostało coś do jedzenia. Zanim się doczekam sytuacja jeszcze bardziej staje się nierzeczywista, bo po loda przychodzi odpicowana małolata z jeszcze większym problem z wymową i tak się próbują we dwie dogadać.
Zjadam obiad i postanawiam kontynuować spacer, tym razem na północ, wzdłuż brzegu do pomnika konia Sapiehy, ktory padł pod nim i został tak uwieczniony. Jednakże po kilku minutach dochodzę do wniosku, że powinienem odpocząć przed jutrzejszą wędrówką, być może ostatnią i skorzystać wreszcie z uroków parku zamkowego. Zawracam, i idę do hotelu. Po prysznicu przechodzę do parku, nad staw, przysiadając na ławce zaczynam uzupełniać dziennik. Trwa to ponad godzinę. Wieczór przynosi chłód. Chowam się przed nim w restauracji. Chcąc niechcąc wydaję kolejne 30 zł, na sałatkę i dzbanek herbaty, na kolację.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: