Baszta Królewska nocą

Baszta Królewska nocą by Polek
Baszta Królewska nocą, a photo by Polek on Flickr.

Mija mnie kilka samochódów, postanawiam działać proaktywnie i wyciągam z plecaka pisak i kartki A4 – to mój zestaw autostopowicza, akurat nie używany, ale się sprawdza w ciągu 3 minut. Mijają mnie autobusy i za nimi terenówka, odwracam się i widzę, że staje. Z kabiny wyskakuje dziewczyna przekładać rzeczy w bagażniku. Wrzucam plecak i jedziemy. Do Krasiczyna jest dosłownie 5 minut, i zdążę się tylko dowiedzieć, że jadę z panią leśniczym, czy leśniczką. Fajnie.
Podrzuca mnie na parking przed zamkiem. Idę jak zwykle do toalety, bo babcie klozetowe są zwykle dobrze poinformowane. Dostaję namiar na domki nad rzeką. Ale skoro jestem jeszcze w centrum i jest tu bar postanawiam zjeść. Ruchu już nie ma, jedynie jacyś pijaczkowie – zamawiam kotlet z piersi, z frytkami i surówkami. Taki zestaw kosztuje tu 16 zł. Czekając na jedzenie odwiedzam jeszcze raz WC, teraz by zwyczajnie umyć ręcę. Próbuje dzwonić jeszcze pod jeden numer wystawiony w barze, ale facet ma już rezerwację. Cofam się też na plac po numer do Karczmy u Marty, gdzie są te domki, które mam spróbować, i wtedy jest już moje jedzenie, dziewczyna z obsługi baru wychodzi i nie może mnie znaleźć. Już idę – macham ręką z uśmiechem. Jedzenie okazuje się dobre, najedzony mam jednakże wciąż stracha, że nie dostanę tu noclegu co będzie się równało podróży autobusem do Przemyśla i końcu wyprawy. Jest jakiś w rozkładzie jeszcze o 20.
Schodzę, zgodnie ze wskazówkami, w dół odkrywając, że Krasiczyn leży nad Sanem i jest tu duży most wiszący, choć w stanie dość marnym, bo pozwalającym ruszać się tylko samochodom osobowym i tylko w jedną stronę – bo wąsko. Nie wiem jak, bo to kawał mostu, ale Jeżdżą więc na zmianę bez problemów. Idę jeszcze kawałek wzdłuż rzeki i wiedzę duży budynek Karczmy. Choć bardziej to zwykła restauracja. Gdzie domki? Wchodzę i dość szybko okazuje się, że wyżej, na stoku. I tak, są miejsca. Tylko proszę pana tam jest standard turystyczny, nie ma łazienki. Uśmiecham się do dziewczyny – a kogo pani widzi – pytam. Turystę – odpowiada z uśmiechem. No, właśnie.
Dostaję klucze do Eli, każdy domek ma imię. Kluczy jest dużo, chyba 6. Cześć jest do wspólnych łazienek, które zostały wbudowane pod dach restauracji, choć nie stanowią z nią wspólnej bryły. Zostawiam plecak, zabieram sprzęty do mycia i idę atakować prysznice. Co nie jest łatwe bo klucze zdają się mnożyć w rękach i nie pasować pomimo, że użyłem wszystkich. Dopiero druga runda pomaga, a co gdybym naprawdę miał potrzebę?
Woda ciepła jest, luksusu nie ma, prysznic ma opcję zalewania podłogi dodatkową strugą wody uciekającą z główki. Jestem na to przygotowany chowając ręcznik w sąsiedniej kabinie. Wieszaka nie ma.
Po prysznicu idę na miasto. Obchodzę teren zamku (okazuje się spory), na początku zaglądam do kościoła, w końcu docieram do wejścia, słonce zaszło już dawno. Zaglądam do portierni, można wciąż kupić bilet na park, 4 zł, więc wchodzę. Iluminacji nie ma, jedynie frontowa ściana. Kręcę się na terenie do nadejścia zmroku. A w środku, wiadomo, wesele.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: