Połoninki Arłamowskie

Połoninki Arłamowskie by Polek
Połoninki Arłamowskie, a photo by Polek on Flickr.

Przychodzi mi myśl, że teraz albo nigdy. Jeśli teraz nie zdecyduję się na przejście połoninkami aż do szczytu Ralce, to nie zrobię tego już pewnie nigdy.
Wyciągam plecak z krzaków, a z plecaka przewodnik i szukam adresów Straży Granicznej – a dokładnie telefonów. Dzwonię do posterunku na Wojtkowej – automat z taśmy odgrywa standardowe powitanie, że rozmowa może być nagrywana, a po chwili odzywa się człowiek. Podaję swoje imię i nazwisko i przewidywaną trasę, oczywiście nie potrafię jej wymienić z pamięci i muszę siegnąć po mapę, która podczas otwierania się zagina i nie daje rozłożyć. No ale w końcu widzę okolicę i moja elokwencja zdecydowanie wzrasta, rzucam nazwami, a siedzący strażnik wszystko notuje. Muszę zostawić także numer kontaktowy i jeszcze raz obiecać, że będę uważał na przekroczenie granicy.
No to w drogę. Trochę dziwnie szlak niebieski opuszcza asfaltową drogę. Myślałem, że się do niej przykleił na dobre, ale do Przełęczy pod Suchym Obyczem biegnie skrótem przez trawę. I mocno w dół. Na szczęście jest tu jakaś droga. Dochodzę do mojej, która ostro tnie w połoniny, na razie przez młodnik. Po 12 minutach mijam krzyż i od głównej do nieistniejącego Arłamowa odchodzi wyłożona betonowymi dziurkowanymi płytami – takimi pod koła. Na mapie kończy się ona przy pierwszym punkcie widokowym na nienazwanym szczycie, ale faktycznie idzie prawie pod same Ralce, gdzie dochodzę po 40 minutach. Tu robię sobie przerwę i zbieram siły na zejście.
O 16:20 ruszam próbkując ścianę lasu. Nie ma jednak mowy o żadnym nawet śladzie dróżki. Muszę się wbić w gęstwinę i po prostu zacząć schodzić. Tyle … że jest tu prawie płasko. Szybko dochodzę do głębokiego jaru, ktory przekraczam z trudem, pózniej kolejnego, którym zaczynam schodzić. Faktycznie jednak ciągnie mnie w stronę granicy. Las jest gęsty i można się poruszać w pobliżu jarów. Obracam się o 90 stopni i próbuję się od jaru uwolnić. Około 20 minut tak walczę myśląc, że mijają godziny. Wreszcie jest jakaś nadzieja. Ścieżki zwierzyny zamieniają się w jakieś ledwo widoczne koleiny. Z trawą czasem po pas. Ale pomaga także przecinka, która jeszcze nie zarosła. Jakoś powoli zaczynam się poruszać w dół. Za moment mam kontakt z parą wielkich rogaczy. Niestety zwiewają zanim zdążę zrobić im ostre zdjęcie. Te niby już prostsze posuwanie się w dół zajmuje kolejne 30 minut. Wyczerpujące. Na sam koniec gdy już widzę dolinę mam resztki jakiejś przecinki, co wcale nie jest ułatwieniem, bo koleiny zagrodzone są stosem gałęzi i trzeba to wszystko obchodzić. Ale docieram w koncu do dna, do drogi. Jest 17:15. Adrenalina sprawiła, że zapomniałem o bolącym kolanie. Ale ono nie zniknęło – odzywa się już dużo boleśniej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: