Arłamów

Arłamów by Polek
Arłamów, a photo by Polek on Flickr.

Zejście do Jureczkowej zabiera mi godzinę, od rozstaju szlaków. Zatrzymuję się przy niektórych przystankach ścieżki przyrodniczej w przydworskim parku. Szczególnie niezwykle są nasadzenia stołowe lip, które tworzą okrąg w środku, w którym kiedyś jadano na świeżym powietrzu. Okrąg dość ciasny.
Tuż obok jest gospodarstwo, które oferuje domek do wynajęcia. Na przeciwko jest bacówka, i sery bieszczadzkie. Nie widzę, by ktoś tam siedział, ale owce obok są najprawdziwsze, więc ser pewnie też. Tędy biegnie też moja droga w górę, bo to skrót by ominąć drogę asfaltową. Szlak konny jak się okazuje, nie oznaczony na mojej mapie. Na poczatku nie ma problemów bo droga jest wyraźna, ale w okolicy rezerwatu Na Opalonym kompletnie już gubię wskazówki na ziemi i muszę iść mocno na GPS. Las nie jest gęsty bo idę krawędzią rezerwatu, ale zawsze – zniechęca. Kiedyś to tędy wiódł niebieski szlak, napotykam zamalowane ślady po znakowaniu. Asfalt, który tutaj jest jeszcze szutrową drogą osiągam o 11:45, po jakiś 50 minutach. Trudno powiedzieć czy zaoszczędziłem trochę czasu, ale na pewno nie nudziłem się.
W przeciwieństwie do dalszej drogi. Za moment zaczyna się już pełnoprawny asfalcik. Co kilkadziesiąt metrów przy drodze straszą niskie ambony (chyba do pilnowania), nie ma gdzie usiąść by zjeść. Droga wije się, wznosi i opada. Pocieszeniem jest stary las dookoła. Po 20 minutach na jednym z rostajów (prowadzący do leśniczówki Arłamów robię przerwę na kanapkę. Niefortunnie kiełbasa spada mi na ziemię. Nie pomaga wytarcie jej z piasku, dalej czuję go w zębach.
Na kolejnym odcinku przed zielonym szlakiem spotkam malarzy szlaków. Z PTTK Przemyśl. Wywiązuje się rozmowa, bo przecież jestem ich klientem, chyba jedynym niestety. Obiecuję zgłosić nieprawidłowości, ale wiadomo, bardziej patrzę na GPS niż na drzewa. Oni zapewniają, że do Kalwarii, a nawet do Huwnik jest świetnie.
Od skrzyżowania z zielonym, do odejścia dojazdu do Hotelu Arłamów mija 35 minut. Jakiś samochód na zakręcie, akurat gdy chcę zrobić zdjęcie jeszcze przed wjazdem na główną, staje i czeka, w końcu wychodzi z niego facet, i krzyczy czemu robie mu zdjęcie. Odkrzykuję, że czekam aż odjedzie. Macha ręką i jedzie. Na głównej ludzie pędzą, zakręty, trzeba się mijać. Ale okoliczności przyrody to trochę łagodzą. To naprawdę stary las. Nie dziwię się, że miał powstać tutaj Park Narodowy.
Przy skręcie do hotelu zastanawiam się czy go odwiedzać, to w końcu kolejny prawie kilometr. Jednak 800 metrów na mapie wygląda inaczej niż te same 800 metrów na wprost, gdzie brama i budynki są widoczne i kuszą. Podejdę tam, zrobię dłuższą przerwę, dam odpocząć kolanu, które zaczyna się odzywać.
Plecak chowam za budką strażnika przy lądowisku helikoptera. Nie ma nikogo w środku. Za wypłaszczeniem rozległe widoki na Połoninki Arłamowskie, podchodzę tam kilka minut, by zrobić zdjęcie. Jest pomysł by iść tamtędy. Ale napierw muszę zjeść. Wracam na główną drogę do hotelu. Po prawej rezerwat Turnica. Mijają mnie samochody. Nikt tu pieszo nie chodzi. Trzeba zejść w dół i podejść.
Ogrom terenu robi wrażenie. Ktoś kto kupił dawną rezydencję partyjną, która po lewej, jako budynek, nie przedstawia się jakoś okazale dostrzegł potencjał miejsca. Bo budynek nowego hotelu jest ogromny i zajmuje wiekszą cześć wzgórza. Tak jakby on tu stał od początku, a Rezydencja – także miejsce internowania Wałęsy – była budynkiem podrzędnym. A to przeciez nie koniec. Ujeżdżalnie. Wyciąg narciarski. Kurde, mają rozmach.
Wchodzę do głównego wejścia. W prawo do recepcji. Czy można tu zjeść? Tak, na pierwszym piętrze do Restaturacji Carpatia. Idę w lewo, do wind, wsiadam by przejechać jedno piętro. Jakaś dziewczyna w szlafroku zjeżdża z poziomu basenu. Idę do restauracji. Za 49 zł mogę jeść do woli, bo to pora obiadu. "Do woli" do mnie akurat trafia, choć żałuję, że godzinę temu zjadłem bułkę.
Pomijam przystawki i zaczynam od zup: rosół z makaronem, grzybowa ze świderkami (i grzybami). Na drugie wybór jest jeszcze większy. Zaczynam od piersi z kurczaka saute, ze szpinakiem i suszonymi pomidorami, do tego ziemniaki, i gotowane warzywa, nie jadłem tak lekkich brokuł. Niestety nie jestem w stanie kontynuować uczty. Z żalem zostawiam makaron, pieczeń i morszczuka. Za to wypijam kawę z ekspresu i jem ciasta. Duże ilości.
Trudno też nie rozglądać się na boki. Po prawej mam wielkie zadaszone atrium. I mając na myśli wielkie widzę prawie stadion. Mają rozmach. Słyszę francuski, angielski. Sprawdzając wczoraj nocleg wyszło mi 500 zł. Za noc.
Wracam na parter, ale idę przez kawiarnię na taras widokowy. I trochę zapiera mi dech. Nie wiem jak to zrobili, pewnie już było, ale w dole jest ogromna dolina a z tarasu rozpościera się całkiem spory widok. Niżej jest odkryty basen, i nieco dalej, jacuzzi. Nie dla mnie to miejsce, nie dziś. Robię kilka zdjęć, podchodzę do Rezydencji, by przeczytać tablicę o Wałęsie i znikam stąd. Odpocząłem godzinę. Noga wcale nie przestała boleć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: