W krainie ropy

W krainie ropy by Polek
W krainie ropy, a photo by Polek on Flickr.

Odcinek z Brelikowa do Ropienki-Kopalnia przechodzę w godzinę. Dochodzi 14. Tempo mam umiarkowane, bo i tak zaraz nocleg. Co jakiś czas pojawiają się leśne drogi na północnej stronie prowadzące do odwiertów ropy, ale każda poprzedzona jest tabliczką "teren kopalni, wstęp wzbroniony". Ciekawi mnie jak wygląda to wydobycie, podobno wciąż się odbywające. Pierwszy kontakt z kopalnią to duże zbiorniki, które akurat są myte z zewnątrz wodą pod ciśnieniem. Przed skrzyżowaniem jest ośrodek zdrowia, plac z małą sceną na jakieś lokalne obchody. Nieco dalej, już bezpośrednio przy krzyżówce jest kościół i sklep. Po drugiej stronie stoi blok, a przy nim pomnik. Idę trochę na południe i widzę kolejne dwa sklepy, jeden na przeciw drugiego. Przyciąga mnie tutaj napis Bar, ale jak się domyślam nie chodzi o dania barowe, tylko drink-bar. Nie ma w Polsce zwyczaju żywienia się poza domem, brakuje czeskich gospód. A może to po prostu znak czasów.
Pytam się o drogę do mojego noclegu, okazuje się, że to w następnej części wsi, 2 km na północ. Nawet lepiej, bo jutro będzie o te dwa kilometry krócej.
Zaglądam do sklepu, ale tego przy kościele, trochę bojkotując ten przy barze, skoro oszukują. Zjadam jakaś słodką bułkę i wysączam izotonik. Chwilę rozmawiam z właścicielem. Miesiąc nie było deszczu – narzeka, pytam się do kiedy leżał śnieg, odpowiada, że do kwietnia, ale nawet tak zgromadzona woda, oddawana przez strumienie, się wlaśnie wyczerpuje.
Dopiero dalej, przy drodze moja ciekawość jest zaspokojona bo obserwuję całą gamę urządzeń wydobywczych. Niestety nie ma jakiegoś muzeum pokazującego jak to wszystko działało. Z tabliczki czytam, że pierwszą ropę wydobywano po prostu kopiąc dół, wiadrami, a wiercąc dokopano się do gorącego źródła, które zasypano z trudem. Dziś było by ogrzewanie dla mieszkańców – przechodzi mi przez myśl.
Dwa kilometry mijają szybko i docieram do drugiego centrum, przy kolejnym skrzyżowaniu. Uwagę przyciąga duży budynek szkoły, jest tu nawet gimnazjum. Przy skrzyżowaniu rozpada się piękna chata na sprzedaż, a mój nocleg rozpoznaje ze zdjęcia po drugiej stronie ulicy. Choć adres jest nieco inny. 107 nie 105. U Wandy i Rafała.
Wejście od frontu nie jest używane, dom sprawia wrażenie opuszczonego, zamiast dzwonka jest włącznik światła. Dzwonię pod numer komórkowy i gospodyni odzywa się szybko. Sprząta pokoje na górze, a główne wejście jest od tyłu. Nabieram przekonania, że to budynek dla gości. A gościć prócz mnie będzie syna, który akurat wrócił ze Szwecji.
Robię małe pranie, by jak najdłużej wisiało na obszernym tarasie, na słońcu, i idę do sklepu na przeciwko.
Przed sklepem siedzi całkiem spora ekipa lokalnych amatorów trunków wyskokowych, o tej godzinie już o lekko mętnym wzroku. Kupuję ryż z jogurtem, chrupkie pieczywo (nie ma już chleba) i słodką bułkę, i jeszcze ananasy w puszce by jakoś ten obiad urozmaicić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: