Sanok z żółtego szlaku

Sanok z żółtego szlaku by Polek
Sanok z żółtego szlaku, a photo by Polek on Flickr.

Od początku sierpnia nawiedziły Polskę dawno niespotykane afrykańskie upały. Temperatury dzień w dzień przekraczały z zapasem 30 stopni sprawiając, że nawet najwięksi fanatycy ciepłej pogody zaczęli szukać schronienia w domach, skoro nie mogli zmieścić się nad przepełnionym polskim morzem. Postanawiam odczekać najdłużej jak się da, bo ta pogoda musi się w końcu zmienić. Weekend zaczynający się wyjątkowo 14 sierpnia, dzięki oddaniu dnia wolnego wypadającego w sobotę, spędzam jeszcze na przygotowaniach. Wciąż jest upalnie, dlatego przenoszę podróż na porę nocną. NeoBus do Polańczyka, a w moim przypadku do Sanoka rusza tuż po północy, z Dworca Warszawa Zachodnia. Sama hala po 23 jest już zamknięta. Sąsiednie stanowiska są nawet bardziej oblegane niż moje. Jednym z podróżnych jest chłopak z kijakami i plecakiem, definitywnie nie w moim wieku – może nawet mógłbym być jego ojcem – z koszulką z napisem Bieszczady. Więc nie literalnie jest to moja krew. Zagaduję go szybko, by dowiedzieć się, że ląduje w Lesku i tak, dołączy do grupy w najpiękniejszych górach tutaj – tych z koszulki. Mimo pustych miejsc siadam koło niego i pierwsza godzina jazdy schodzi nam na wymianie górskich doświadczeń. Później jednak rozsądek każe mi spać, a sąsiedni rząd foteli, wciąż niezajętych nadaje się do tego znakomicie, przesiadam się więc i układam do snu. Mija jednak dłuższa chwila gdy zaczynam bezsennie drzemać co rozpoznaję dopiero po postojach, które przychodzą niemal jeden po drugim. Tracę poczucie czasu.
W Niebylcu autokar pozostawia cześć podróżnych jadących do Rymanowa, a zabiera inną grupę, chyba z Łodzi. Od tego momentu już nie śpię. Do Sanoka przez Brzozów bodaj trzydzieści kilka kilometrów.
Docieramy koło 6:30 kręcąc się wokół linii kolejowej i lądując pod dworcem kolejowym. Długo muszę czekać na swój plecak, trochę dopakowali od czasu Warszawy. W tym samym miejscu ruszałem już do miasta, chyba w 2009 wracając z Ustrzyk Dolnych, teraz więc postanawiam ominąć je, co umożliwi mi zaczynający się także tutaj szlak żółty. Tymczasem jednak robię zakupy w pobliskim wielkim supermarkecie – Delikatesach Alta. Jest tu wszystko czego mi potrzeba – mikrodżemy, woda i świeże pieczywo z piekarni. I otwierają właśnie o 6:30. Zjadam kanapki z domu, siadając na stoliku przy części cukierniczej i ruszam o 7:10. Dziesięć minut zajmuje mi dojście do mostu na Sanie, a kolejne piętnaście osiągniecie końca asfaltu na osiedlu Wyspiańskiego. Rozpoczyna się podejście wąwozem i pierwsze widoki z łąk powyżej. Niestety jest tu też teren prywatny i końcówkę przed wzgórzami trzeba zrobić skrajem łąki zamiast wyraźną drogą na wprost. Mimo suszy szybko mam mokre buty od rosy, to samo mogę powiedzieć o długich spodniach. Nie mniej widok ma miasto jest stąd fantastyczny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: