W Międzylesiu

W Międzylesiu by Polek
W Międzylesiu, a photo by Polek on Flickr.

Pierwszy raz jesteśmy na noclegu tak wcześnie. O 16 zamykają pocztę, gdzie chcemy się udać w celach optymalizacyjnych, by żyło się lżej. Szybkie przepakowanie, i część rzeczy ląduje w torbie "odesłać do domu". Zaletą małych miast jest to, że wszędzie jest blisko, śpimy właściwie na południowym końcu wydłużonego rynku, zamek jest na północnym, a na przeciw niego uliczka odchodząca w prawo, gdzie mieści się poczta. Ruch dość spory, przed weekendem, ratuje nas przed zmoknięciem – rozpętuje się, na szczęście krótkotrwała, ulewa. Po udanej operacji odchudzającej pora na przeciwdziałania, czyli zakupy na dwa dni. A skoro to miasto to najlepiej zaopatrzyć się w chleb w piekarni. Także na rynku. Zanim jednak tam wrócimy zatrzymujemy się w Gieesie po rękawiczki gospodarcze, i torebki śniadaniowe. Droga wychodzi na zamek, i tam się udajemy zjeść i zobaczyć jakie zmiany zaszły od 2010 roku kiedy tam nocowałem.
Zamawiamy rolady z kurczaka ze szpinakiem i ziemniakami za 23 zł, ziemniaków jednak nie ma, wymieniamy je na ryż, omijając frytki. Wychodzi ciekawe danie, trochę poza menu, ale nie mam poczucia, że się nim najadam. No i musimy czekać prawie pół godziny mimo kompletnie braku innych klientów. W zamku niezbyt dużo zmian – podobno ukończona została sala balowa w skrzydle wschodnim. D zaczyna się martwić, że nam zamkną piekarnię, więc przed 17, pierwsze kroki kierujemy tam. W piekarni kupujemy niemal ostatnie chleby, ale świeże, sztuk 3. Do tego bułki na piątek, na drogę. W dwóch kolejnych sklepach listę zakupów poszerzamy o ser żółty, drugi kanapkowy, trzeci topiony, czwarty śmietankowy, 40dkg kiełbasy suchej, Tymbarka jablkowo-miętowego, banany, ogórka, i pewnie coś jeszcze.
W zajeździe przebieram się w strój cywilny a D w biegowy, i wychodzimy poraz drugi, doprowadzam ją na start treningu a sam wracam przez cmentarz oglądając gotycki kościół, dziś cmentarny. Zachodzę dalej we wschodnie rejony Międzylesia odkrywając gazownię, dawną plebanię, dawny sąd, i coś co przypomina szpital, tyle że z krzyżem.
Zagaduje mnie lokalny mieszkaniec myląc z czyimś synem. Pytam o prewentorium, facet gada coś o spalaniu plastiku, czego zabroniło ostatnio miasto, właścicielu za granicą, i swoich przeżyciach. Wyglad ma mocno zniszczony, ale szczęśliwie odczepia się gdy dochodzimy do rynku. Postanawiam naprawić pasek ładowania Suunto i zachodzę do sklepu motoryzacyjnego nieopodal. Sprzedawca pomaga przyciąć spinacz, w brakującą nogę klamry ładującej, a ja, w ramach wdzięczności wymieniam w jego kantorze złotówki na korony. Wracam na nocleg, trochę zmarźnięty, z wyładowanym telefonem, ciekawy efektu operacji reanimacji Suunto. Jest kilka minut po 19, i chwilę później, za trzecią próbą zegarek zaczyna się ładować. Kolacja, D wraca po 20, mniej więcej w momencie kiedy zaczynam się o nią martwić. Pierwszy chyba nocleg bez śpiwora.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: