Najdłuższy dzień

Planuję pobudkę przed 7, ale siła woli jest widać zbyt mała, by obudzić się bez ładowanego gdzieś daleko telefonu. Budzę się dopiero po kwadrans po 7, i już wiem, że nie zdążę wyjść o 8. Na dodatek, jakby na przekór pośpiechowi, postanawiam skorzystać z korka i uprać to i owo, by w ciepły dzień wyschło sobie spokojnie powiewając na plecaku.

Wychodzę prawie o 8:30, co jest i tak rezultatem dobrym. Na koniec pytam się mojego gospodarza o wrażenia z jazdy Santa Fe, który stoi za oknem; był czas, kiedy szukałem tego samochodu. Odpowiada, że nie zamienił by się na inny teraz. Kilka minut po 9 jestem przy zamku Świny, który jest oczywiście dalej zamknięty. Nie mam dziś czasu na czekanie, czy w ogóle na dłuższe zwiedzanie, zapowiada się najdłuższa trasa tej wyprawy, na oko 30km. Robię tylko spacer wzdłuż muru do punktu widokowego, który wczoraj odkryła Marta, a ja pożałowałem tych kilku kroków. Owszem, widać Bolków, ale bardzo przez drzewa.

Ze Świn idę tzw. Drogą Wapienną, czyli na wschód, polną głównie drogą, przez lasy i pola, z widokiem, momentami, na Obniżenie Wolbromka na południu. Po jakimś czasie zaczynam widzieć koniec gór i jest to dość dziwne uczucie. Wielka równina przede mną, na której skraju leży mój pierwszy dziś cel – wieś Kłaczyna, z ruinami zamku.

Idąc od strony gór widzę wieżę, ale jest to wieża kościoła, także dość starego, bo z początku XVw, św.Jakuba i św.Anny. Pytam się którędy do ruin, ale dostaje niewstarczające wskazówki, mam iść wzdłuż Nysy Szalonej, a później skręcić w lewo, w jakaś drogę. Nic jednak takiego nie widzę, wszystkie drogi prowadzą do jakiś gospodarstw. Dochodzę do kościoła, dochodzi 11, trwa msza, postanawiam poczekać na jej koniec i rzucić okiem do środka. Dwaj chłopcy, którzy wyszli wcześniej, tłumaczą mi dojście do zamku, że obok ruin PGR. Akurat kończy się nabożeństwo, przeciskam się z wychodzącymi by pstryknąc kilka fotek, tak szybko chcą zamykać, że mało co mnie nie zamknęli. W środku strop, pomalowany, nad nawą i sklepienie gwiaździste, nad prezbiterium. Ciekawe epitafia wmurowane wewnątrz kościoła.

Idąc za wracającą z kościoła wsią, nie mam już problemów, by trafić na pozostałości zamku. Są naprawdę niewielkie. Fosa jest wyschnięta, mogę przejść by przyjrzeć się z bliska jedynej ścianie. Został też jeden mały otwór okienny, wszystko. Zabieram się na drugą stronę rzeki, do główej drogi i skręcam w lewo, na jedynym skrzyżowaniu. Chłopcy grają w piłkę na boisku, a ja przekraczam tory kolejowe i wchodzę na polną drogę, która mnie przeprowadzi przez masyw Twardoty. Szlak jest dobrze znakowany, podwajam czujność, to obszar na granicy zasięgu moich map. Pojawiają się nawet tablice ścieżki dydaktycznej, ale kto tu chodzi? W końcu las się kończy, zaczyna być słychać drogę krajową. Zatrzymuje się na małe wietrzenie stóp, mijają mnie rowerzyści górscy, jest niedziela, będzie ich pewnie jeszcze sporo.

Tuż przed drogą jest jeszcze jeden, zagrodzony kawałek lasu. Strasznie mnie dziwi tablica: Uwaga. Linia ognia. Wstęp wzbroniony. Dalej widzę ławki i jakieś miejsce na ognisko. Tajemnica rozwiewa się, gdy dojdę do szosy. To strzelnica.

Szlak skręca w lewo, idąc drogą krajową numer 5. Wg mapy będę tak się męczył aż do Dobromierza. Tymczasem jednak pojawia się strzałka w prawo, drogą za górkę, do Pietrzykowa. Idę myśląc, że wieś, za tym wzniesieniem doprowadzi mnie równolegle do szosy, do miasteczka. Jest jednak inaczej, bo ciągnie się i ciągnie w kierunku południowym. Jakoś mało to dostrzegam, zmęczony słońcem lejącym się z nieba. Znakowanie jest tutaj przybite w postaci plakietek z paskami biało-zielono-białymi, do słupów telefonicznych, wysoko. W końcu zaglądam do mapy – już Sudetów Środkowych i okazuje się, że dojdę dużo niżej do drogi do Szczawna Zdroju, niż myślałem – to dobrze. Jakaś pozytwna niespodzianka.

Wychodzę przy przystanku, gdzie trochę odpoczywam i po kilkuset metrach asfaltu, wspólnie ze szlakiem żółto-niebieskim skręcam w stronę brzegów Zalewu Dobromierz. Tutaj niestety zaczyna się klasyczna hardcore’owa droga wzdłuż zbiornika wodnego – stromo, oznakowanie zawsze na tyle niewystarczające, by się zgubić; wąska zanikająca ścieżka wśród gestych drzew. Dodam – idealna na okoliczność niesienia prania na zewnątrz plecaka. Gubię szlak schodzacy nagle w dół, ja idę prosto ścieżką, w stronę końca drzew, wychodzę na łąki, rzucam plecak i wracam się wściekły znaleźć to zdradliwe miejsce. Znajduje je, wracam po plecak i idę trochę na czuja by dojść, już poniżej linii drzew do szlaku. Teraz zaczyna się najciekawszy odcinek, w wysokich trawach do rzeki. Zawiązuje buty mocniej i wskakuję po kostki w Strzegomkę. Nie ma bata, mimo wysokich cholewek nalewa mi się oczywiście od góry. Dwa kroki i po strumieniu. Nie było jak szukać płytszego brodu, krzaki porastające brzeg są w innych miejscach nie do sforsowania. Po drugiej stronie jest już jakaś droga przez łąkę, dochodzę nią do wsi, a później do wcześniej mijanej drogi 375. Już bez problemu docieram do Chwaliszowa, gdzie znajduję sklep spożywczy. Trzeba co prawda zadzwonić, ale mogę się posilić. Na najdłuższy odcinek zabrakło mi batonów. Kupuję też cukier w płynie, czyli Coca-Colę. Pragnienie mąci mi zmysły, więc aż 1L. Wypijam połowę od razu.

Skręcam w kolejny asfalt w lewo, pod górę i za kawałek widzę wyjeżdżającego quada – to pewnie tam jest droga na Cisy. Tak, szlak też tu skręca, po chwili idę przyjemną, pustą doliną. Na jej końcu jest słup sieciowy, jakiś zapomniany, po lepszych czasach, a w drzewach na wzgórzu, ruiny zamu Cisy.

Wchodzę ostro pod górę, od tyłu do zamku, ktoś kto znakował, ma fantazję i każe przeciskać się przez wybite wejście w murze, po półmetrowym stopniu. Tu już jest gwarno. Na dziedzińcu górnego zamku jest jakaś rodzinka z wózkiem, i grupka młodzieży alternatywnej, tj z fryzurami, tatułażami i kolczykami. Mają wydrukowane strony o zamku, z tego samego serwisu co ja, zapisane w telefonie; zagaduję ich i nawiązuje przyjacielskie stosunki. Za chwilę dzielimy się wiedzą o zamkach, nawet dostaję kiełbasę do upieczenia. Ślina mi leci, głodny, zjadam ją na wpół surową, doprawiając spodnie dwiema gustownymi plamami z tłuszczu. Polecam im Niestytno, i dowiaduję się, że są z Lubina. Odjeżdżają, gdy posilony zaczynam kręcić się po ruinach. Żegnamy się wokalnie.

Do Książa mam jeszcze godzinę, do zamknięcia zwiedzania, trochę więcej, rozpoczynam wędrówkę przez Książański Park Krajobrazowy, łatwą i szeroką już drogą. Pełno tu rowerzystów, przeganiam spotkaną wcześniej rodzinę z wózkiem, wszystko to wygląda jak ładny, niedzielny dzień, niedaleko wielkiego miasta.

Wreszcie, po wykutym w skale małym przełomie dochodzę do zabudowań. Jest tutaj jakaś fabryka, i domy, i widać stąd już doskonale Zamek Książ, tyle że z innego profilu niż zwykle jest oglądany. Wiem na razie tyle, że pałac jest wyżej niż ja, do 18 jeszcze ponad 45 minut, postanawiam przejść Wąwóz Książ, który musiałbym zrobić jutro rano.

Zaraz na początku odchodzi czerwony szlak w górę, jak mniemam na zamek (przydała by się opisana strzałka), a mój zielony idzie dołem, wzdłuż rzeki Pełcznicy, dokładnie obchodząc cypel z zamkiem. Mijam cisa, wejście do jakiejś piwnicy, przechodzę na drugą stronę, idę wąwozem. Po pewnym czasie szlak zaczyna się wznosić, z początku powoli, później ostro, zakosami, a mnie zapala się w głowie mała lampa ostrzegawcza – jestem po złej stronie rzeki. Mam kwadrans by dostać się na zamek, a tymczasem wychodzę na ruiny Starego Książa. Fatalnie. na mapie widziałem jakieś coś, co uznałem za dojście na górę, ale tak jest gęsto, że zwyczajnie, nie widać.

W ruinach rownież tłoczno, jakaś wałbrzyska klasa licealna robi ognisko, ojciec z córką też wybrali się tu na spacer, nie zamierzają odpuścić ruin. Od razu pytam się młodzieży, jak dostać się do Nowego, jak mówią, Książa. Trzeba dookoła. Idę na punkt widokowy, widzę, że jestem po złej stronie wąwozu. Ktoś daleko na punkcie widokowym obok zamku macha, odmachuję, cieszą się. To kilkaset metrów w prostej linii. Ojciec z dzieckiem, zapytany, sugeruje wersję hard, zejść na dół, przeprawić się przez rzekę i po prostu podejść. Ale ja mam zbyt wiele kilometrów w nogach na takie szaleństwa. Dojdę zielonym do głównej drogi i jakoś wejdę od strony parkingów. Tak też robię, ostatkiem sił i przy zachodzącym słońcu. Mijam po drodze ostatnich zwiedzających, opuszczających park. Teren przed zamkiem jest otwarty, fotografuję front, bramę, i idę do hotelu, który jest tuż, poza bramami, po prawej.

Jestem jednak trochę zawiedziony. Standard jest niższy niż się spodziewałem, po zdjęciach. Dostaję pokój numer 6, na samym końcu budynku w którym jest recepcja, oczywiście Wi-Fi już tu dociera jedynie śladowo, o połączeniu stabilnym nie może być mowy. Biorę szybki prysznic zastanawiając się jak można mieć bardzo zbliżony standard za 40 zł w Bolkowie, a tu płacić za niego 4 razy tyle. Miejsce. Hotele mają recepcje, dobre agroturystyki mają gospodarza za ścianą. Wolę te drugie.

Idę do restauracji Brama, finezyjne dekorowane stoły nie mogą wróżyć nic dobrego. Karta to potwierdza, średnia cen to jakieś 45 zł. Biorę jakąś wieprzowinę na zielonym pieprzu, i piwo. Niestety nie mają marki Książ, co uważam za brak dość istotny. Co z tego ze browar, który waży to piwo nie ma zbyt wiele wspólnego z miejscem, które odwiedzam. Nazwa jest kluczowa. Kelner coś tam się tłumaczy. Jestem sam, dochodzi 20. Zjadam dość małą porcję i wracam do pokoju pisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: