Nocleg w Droghedzie

Nocleg w Droghedzie by Polek
Nocleg w Droghedzie, a photo by Polek on Flickr.

Jeszcze na polach dzwonię do Gościńca pod Złotym Jajem. Oryginalnie właśnie tu planowałem nocleg, ale planowałem także wędrówkę do Mirska przez Zamek Gryf. Ku mojemu rozczarowaniu gościniec również okazuje się niegościnny, tłumacząc się brakiem wolnych miejsc. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć, facet mógłby po męsku powiedzieć, że nie interesują go moje (nie małe, wyceniają spanie na 95zł) pieniądze i dla jednego gościa nie będzie wzywał kobiety do sprzątania. No, ale każdy prowadzi biznes tak jak chce i musi się liczyć z krytyką swoich decyzji. Nie polecam Gościńca pod Złotym Jajem w Płóczkach Górnych, ani Agroturystycznego Gospodarstwa Kasztanek w Rząsinach, ani Agroturystycznego domu Agat w Płóczkach Dolnych.
Zanim się rozłączam uzyskuję potwierdzenie o jeszcze jednym noclegu w Płóczkach Górnych, w jakimś nowym domu, gdzieś za szkołą. Próbuję odszukać namiar w Internecie, nie mają własnej strony, kilka katalogów miejsc noclegowych wyświetla płatny numer telefonu, ale nie kombinuję, dzwonię. Po informacji że pójdę z torbami długo gadając odzywa się kolejna maszyna – tym razem automatyczna sekretarka. Jestem pełen złych przeczuć. Szukam dalej. Wsi wciąż nie widać w dole. Jest za to droga polna. Znajduję numer komórkowy, ale zanim się sygnał pojawi znowu zostaw wiadomość. Czyli telefon poza siecią. Marnie. Schodzę trochę zrezygnowany przy zapadającym zmierzchu, płosząc sarnę, która przez kilka minut stała jak zaklęta w dole – na tyle długo, że myślałem, że to jakiś krzak.
Wreszcie po jakiś piętnastu minutach schodzenia widzę zabudowania i wychodzę na drogę. Rozważam różne opcje. Spanie na ambonie myśliwskiej, zadzwonienie po taksówkę, powolny marsz w ciemności do Lwówka. Asfaltowa droga nie jest zbyt szeroka, nie może być główna, i faktycznie, doprowadza mnie poniżej do większej. Widzę młodzież, starającą się wyciągnąć quada z jakiś krzaków, chyba zaklinowanego. Zanim dojdę quad jest wolny i znika, z kierowcą, ale zostaje jeszcze trójka, wystarczająca aż nadto, by zapytać się o sytuację.
„Tak, jest jeszcze jeden dom, u pani Mirki, trzeba iść za szkołę i w prawo.” – odpowiadają, pytam się, czy na pewno ktoś tam mieszka, i czy czynne. Potwierdzają, dziękuję i idę. Po chwili zastanowienia jeden z nich, ten ze skuterem, krzyczy czy mnie nie podwieźć. Jasne – odpowiadam, nie wiedząc co czynię.
I tak zaczynamy kilkuminutową szaloną przejażdzkę, ja z tyłu rzecz jasna, z kijkami w jednej ręce, trzymając go w pasie drugą, z nogami na stojakach. W połowie drogi spada mi czapka, na szczęście jest na sznurku, więc nie gubię jej. Na zakrętach składamy się, jak to na jednośladzie przystało, a ja zastanawiam się czy jechałem już kiedyś motorem. Chyba nie. Daleko jeszcze? Najgorsze są wyboje. Łzy napływają mi do oczu, staram się wyglądać przez kask, do przodu, wiedzieć co nas czeka. Wreszcie dojeżdżamy. Mój kierowca nie kończy na tym, zaczyna szukać kogoś kto mnie przyjmie. W budynku siedzą ludzie, ale są też gośćmi. Faktycznie to pracownicy jakiejś budowy w pobliżu. Zdaję sobie sprawę, że nie spotkałem nikogo w celu turystycznym jeszcze. Może poza kilkoma ludźmi z Czochy.
Pojawia się starszy pan, który organizuje mi wejście, na razie mam zatrzymać się w salonie, coś zrobić sobie do jedzenia, podczas gdy ktoś inny przygotuje jakiś pokój. Pokazuje mi także kartkę z cennikiem. Nawet nie mam ochoty na nią patrzeć, biorę w ciemno. Nie – mówi – niech pan dobrze przeczyta, wyżywienia nie ma, co prawda, teraz. Dwie ceny, 40 zł przy krótszych pobytach. Podoba mi się – to i tak najtańsze lokum w tym roku.
Zdejmuję buty, wyciągam jedzenie i zaczynam od zupy z makaronem. Pizza odbijała mi się pół dnia. Daleko pan na zupkach z proszku nie pociągnie – mówi. To tylko na rozgrzewkę – odpowiadam. Zupa znika po chwili. Zauważam, że nie ma tu sygnału komórkowego, ale jest komputer z Internetem. Dam znać, chociaż, że dotarłem na jakiś nocleg. Po zupie robię sobie kanapki z pasztetem, w międzyczasie pojawia się pani od pokoju, jak się okazuje, przygotowała go tylko, nie chce pieniędzy. I tutaj widzę jaki przewrotny jest los. Bo pokój który dostaję za 40 złociszy, jest najbardziej czysty i elegancki, z tych w których dotychczas spałem. Łazienka bije na głowę hotelową. Są oczywiście ręczniki, mydło w płynie, nawet odświeżacz do powietrza. Gdyby nie trochę mało zachęcający towarzysze – oglądali jakiś arabski kanał z telefonami do roznegliżowanych panien, jak wszedłem, można by tu zostać dłużej.
Moje pięty martwią mnie coraz bardziej. Nie pomaga przekłuwanie bąbli, ani zaklejanie żelowymi plastrami, cały czas reagują w sposób wrażliwy na nacisk. Nie mogę spać z piętami na sztorc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: