W Górach Bialskich

Rano za oknem przez moment nie pada, szybko więc zaczynam się zbierać, po dwóch dniach jakby było to trudniejsze. Ale pogoda szybko sie koryguje, do prognozy i zaczyna padać, drobny deszcz, trudno i tak pójdę. Najpierw po chleb i może jeszcze baterie. Udaje mi się oddać 16 zużytych w kiosku – co stanowi wagowo znaczący pakunek, kupuję znowu lekkie (i drogie) litowe. Jak już wszystko jest spakowane trzeba zadzwonić, więc znowu otwarcie plecaka i po telefon. Mokre rzeczy po praniu nie wyschły – przytwierdzam je na zewnątrz, choć pod plandeką. Tak już będę się z nimi woził bez ogrzewania.
W pokoju zostawiam piwo, nie otwarte z powodu zimna, niech ktoś się poczęstuje. Zbyt ciężkie by zabierać. Opuszczam Lądek o 9:40.
Wyprzedzam wycieczkę Czechów, którzy również wchodzą na skrót do Rozdroża Zamkowego niebieskim szlakiem. Po 40 minutach jeszcze szybkiego podejścia jestem przy fantazyjnych skałkach, kolejne 10 minut i trafiam na rozwidlenie – czyli rozdroże. Tutaj widzę jeszcze trójkę turystów zmierzających jakaś drogą leśną, ale nie czekam, tylko od razu kieruje się na zamek. Kwadrans później, zgodnie z liczbą zapisaną na drogowskazie dochodzę do terenu ruin Zamku Karpień. Byłem tu chyba 5 lat temu, i dookoła rosły drzewa. Teraz jest tu pusto, ale założenie zamkowe i pozostałości murów są wyeksponowane.
Zejście jest trochę bardziej ostre niż wejście od strony Lądka. Na moment wychodzę na szerszą drogę i niemal zderzam się z sarną, która szybko obraca się wokół osi i znika w krzakach. A własnie zastanawiałem się gdzie zwierzęta spędzają czas gdy pada.
Do Starego Gierałtowa docieram po niecałej godzinie. Szlak wiedzie drogą leśną, na ktorej muszę przyśpieszyć jeśli chcę utrzymać ciepło. Póki co idę w pojedynczej kurtce przeciwdeszczowej. Temperatura nie przekracza 10 stopni, na oko. W Gierałtowie mijam rzekę i po kilku minutach orientuję się, że coś nie gra, i nie ma znaków, zawracam do mostu i odnajduję szlak na drodze wbijającej się pod kątem po zboczu w górę. Mijam rozpadające się gospodarstwo, widzę dwie sarny pod lasem, jakieś krążące ptaki, a dochodząc do linii drzew, wiewiórkę (czyli kunę leśną). Mijam w odległości kilku metrów jakieś zwłoki, być może sarny, trudno powiedzieć, dużo już z nich nie zostało – wchodzę w las i kontynuuję podejście, które trwa około godziny – dość wolnego kroku. Tutaj mam największy kryzys tego dnia, ale przechodzi gdy osiągam Drogę Marianny, przed Przełęczą Dział. Zatrzymuję się na najdłuższy 5 minutowy postój w zadaszonym schronie. Wydobywam z niemałymi trudnościami, ze środka plecaka czekoladę i już jest lepiej. Ubieram się cieplej, droga będzie teraz utrzymywać wysokość i robię zdjęcia. Następne 55 minut zajmuje mi przejście do Przełęczy Suchej, idzie się wartko, asfalt nie męczy tak jak kamienie, mam wrażenie, że już bliżej niż dalej. Ciepło dwóch kurtek też robi swoje. Z pewnością przy dobrej pogodzie niektóre zakręty drogi odkrywają wspaniałe widoki przeciwległych stoków, porosłych lasem, dziś w połowie żółtym. Widzę je przysłonięte chmurami, które czasem rozwiewa na moment wiatr. Cały czas pada.
Zaraz za Przełęczą Suchą rozpoczyna się zejście do Nowej Morawy. Do asfaltu idę znowu niecałą godzinę, po drodze widok niezwykły, bo trójka starszych ode mnie wędrowców z plecakami, również w płaszczach, mokra, idzie w przeciwnym kierunku. Wymieniamy wiedzę ile dokąd czasu nas czeka, ale na dłuższą pogawędkę nie pozwala pogoda.
Mijam drogę do Nowej Morawy i wchodzę na kolejny stary trakt, który biegnie wyżej niej. Widzę z góry zabudowania i skręcam w lewo, na rozejsciu dróg. Znaki są tutaj sporadyczne, i akurat brakuje mi przez najbliższe kilkaset metrów jakiegoś potwierdzenia, że to dobra droga. Zatrzymuję się, bo wychodzę na sarnę podjadającą coś z okolic drogi, robię jej zdjęcia z daleka, ale nic sobie nie robi, podchodzę wiec bliżej – nadal je, dopiero na 20 metrów zaczyna nieśpiesznie kierować się w las. Wyciągam mapę by upewnić sie i określić, że to musi być ta droga, co za kilka metrów znajduje potwierdzenie znakiem dla schodzących. Jakby nie można było namalować go wcześniej!
Jeszcze trochę i szlak opuszcza drogę robiąc skrót w górę do Przełęczy Staromorawskiej. Jest godzina 16. Stąd do Kamienicy 30 minut. Schodzę kolejną drogą leśną i skrecam w dolinę, zgodnie ze znakami. Za kilka minut przekraczam rzekę Kamienicę i szlak skręca w lewo w górę. Idę kawałek w tamtym kierunku próbując sie zorientować gdzie będzie mój nocleg (bo może tu, tak wysoko), ale zabudowania mają tu numery 17 i 15, a ja muszę zejść do 3. Rozpoczynam więc jakiś dwukilometrowy marsz w dół doliny zanim dojdę do początku wsi, gdzie posadzone są domy 1, 2, 3a i mój 3. Mijam pod 4 jakiegoś rzeźbiarza. Jest godzina 17 jak zaglądam jeszcze do stacji narciarskiej Kamienica, ale restaruracja jest zamknięta na głucho w taką pogodę, w tygodniu. Na obiad będzie więc chiński makaron.

Jedna odpowiedź to “W Górach Bialskich”

  1. mk Says:

    wreszcie jakiś wpis, a już myśleliśmy, że Ci iphone padł🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: