Przez Masyw Śnieżnika

Zimno budzi mnie o 2:50. Zastanawiam się przez chwilę, czy starać sie zasnąć, czy wyciągnąć spiwór. Jakoś myśl o tym, że za moment może mi być cieplutko, w śpiworze, nie daje mi spać. Wstaję i wyszukuje po ciemku torebkę ze śpiworem i za moment jestem już w środku. Ale żeby zupełnie poczuć komfort muszę sie nakryć jeszcze kołdrą. Wiatr za oknem stara się oderwać chyba coś od domku w którym śpię.
Rano widząc deszcz za oknem nie mam parcia na wcześniejsze wyjście. Z biegiem dnia mżawka ma się zmniejszać, więc może to metoda. Robię sobie kawę do łóżka, bo wcale za dnia nie jest cieplej. Zabieram się do pisania. Po 9 siadam do śniadania, przed 10 zbieram graty i wkładam przeciwdeszczową zbroję. Buty zdołały ledwie trochę przeschnąć na czubach. Skarpetki zdają się być wilgotne, ale to wełna, szybko o tym zapomnę. Rękawiczki dosuszałem po palcu rano, wkładając do 4 (nie zdążyłem chyba serdecznego ogrzać) grzałki.
Nocleg kosztuje mnie 40 co byłoby ceną uczciwą za warunki, jeśli choć trochę byłoby cieplej. A tak, kolejna agroturystyka, ktorej nie polecam, na jesieni chociaż. Ale ogólnie jestem wdzięczny. Wszystkie te miejsca, w których gospodarze udzielają noclegu, a przecież nie muszą są doskonałym uzupełnieniem niknącej bazy schronisk. I bez nich ta wyprawa nie byłaby w takiej postaci możliwa.
Przechodzę Kamienicę docierając z powrotem do niebieskiego szlaku. Rozbieram się z softshella, przed podejściem, korzystając z dostępnej szopy na czyimś terenie, z przyczynami kampingowymi. Dochodzę do lesniczówki w Kamienicy i mijam dwa bliźniacze drewniane domy około 10:45. Zaczyna się podejście, choć szlak wiedzie spokojnie droga leśna, delikatnie, ale w górę. Między szczytami Porębka a Stromą jest schron, tuż przed ostrym podejściem, po pozostawieniu leśnej drogi. Dochodzę tu w godzinę, odpoczywam kilka minut i rozpoczynam podejście korytem strumienia, które własnie teraz się obudziło do życia. Staram się omijać nurt i nie ma z tym raczej większych problemów. Po jakiś 30 minutach podejście kończy się i wychodzę na ścieżkę biegnącą wokół rezerwatu, Ruch poziomy zaczynam od otwartego, przez wyręb, odcinka, na którym mocno wiatr daje mi się we znaki. Klnę pod nosem, nie mieli gdzie karczować lasu. Ale po kilkudziesięciu metrach po prawej stronie pojawiają się chroniące od wiatru drzewa i moim największym problemem staje się zalegająca i przelewająca się przez ścieżynę woda. Wreszcie widzę jakieś przerzedzenie, schronisko już mi sie marzy od dobrego kwadransa, pojawia się wieża jakby triangulacyjna, a za nią z mgły wyłania się budynek. Wreszcie. Nie ma jeszcze 13.
W schronisku spędzam około pól godziny, spotkani turyści rozchodzą się, pracująca za ladą dziewczyna robi mi zdjęcie pamiątkowe i z ociąganiem narzucam na siebie mokrą kurtkę i ruszam dalej. Około półtorej godziny zajmuje mi przejście odcinka do pierwszych zabudowań Jodłowa. Droga po początkowym odcinku prowadzącym poziomo na Mały Śnieżnik zaczyna opadać i znacznie się poprawia. Widać konstrukcję do odprowadzania wody, nie ma już kałuż, można iść dość szybkim krokiem w dół. Deszcz jakby też zdaje się odpuszczać. O 15 zatrzymuję się na moment w schronie turystycznym, w Jodłowie.
Widok spod Osady górskiej (to najwyżej położony dom we wsi) pamietam, że był wspaniały. Kiedyś spotykałem tu astronomów obserwujących niebo, a dziś, zaskakująco przy takich chmurach, widać wzgórza po drugiej stronie Rowu Górnej Nysy, czyli po drugiej stronie Kotliny Kłodzkiej. Nawet zdaje się jakby oświetlało je słońce. Zaczynam mozolne zejście przez wsie, które zajmuje mi kolejne 2h, dłużące się jakby upłynęły 3. Szczególnie długo zajmuje mi przejście pól na północ od właściwego Jodłowa. Tu też mija mnie dwóch wędrowców z plecakami. Jeśli idą pod Śnieżnik czeka ich długa droga. Mżawka to znika to znowu przypomina o sobie. Pojawiają się też chmury, tuż przed wejściem do lasu obok Szymonowej. Ale odcinek w lesie nie jest już taki długi, znowu towarzyszą mi potoki. O 16:10 wychodzę z lasu w Szklarni. Mijam pół wsi i szlak zbacza z asfaltu, wybierając drogę polną, która doprowadza mnie do widzianego od teraz Międzylesia. Na samym końcu idę zmylony znakiem na skrót do centrum, podczas gdy szlak idzie jakoś bokiem. Cofam się więc do węzła z tabliczkami, robię zdjęcie i kieruje znowu do centrum, na zamek, zanocować. Jest piętnaście po piątej gdy wchodzę do restauracji – recepcji. Wbrew pozorom większość pokojów jest zarezerwowana, ale jeszcze dziś wolne jest coś na parterze podzamcza. Miałem nadzieję na XVI mury, a muszę sie zadowolić jednym z pięciu łóżek w sali nr 1. Najważniejsze jednak, że grzeją.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: