Przez Góry Sowie

Wg podpisu pod umieszczoną na korytarzu powiększoną fotografią moi gospodarze mieszkają od prawie 30 lat w domu, którego początki sięgają 1550 roku. Opuszczam ich progi o 9:30, jeszcze raz, w słońcu robiąc kilka zdjęć zabudowie centrum Zagórza, m.in. ośrodkowi Gawra, gdzie kiedyś spałem – aktualnie na sprzedaż.
Omijam już Górę Choina z rezerwatem, zszedłem ją na wszelkie sposoby wczoraj i ruszam drogą do Michałkowej. Pierwsze dwa kilometry biegną przy rzece, która przechodzi w jezioro, które gdzieniegdzie prześwituje przez drzewa. Wreszcie zostawiam jezioro i droga zaczyna się wzbijać do góry mijając pierwsze zabudowania Michałkowej – zagłębie agroturystyki. Są tu przynajmniej 4 domy z noclegami. Cały czas w górę nowy asfalt prowadzi mnie przez właściwe zabudowania wsi, gdzie już nie ma możliwości noclegu, mijam kościół i zbudowany obok nowy ładny drewniany budynek mieszkalny. Na szczycie idę dalej asfaltem, co okazuje sie błędem, bo szlak idzie jakoś prosto, na mojej mapie nie ma uwzględnienia zmienionej nawierzchi drogi, i widząc że droga schodzi schodzę razem z nią, trochę żałując sił włożonych w podejście. Dochodzę do drogi do Glinna, która szła doliną rzeczki Młynówka i przechodzę do centrum wsi, do ktorej właściwy szlak schodził dalej. W centrum jest kościół z wbudowanymi w mur krzyżami pokutnymi. Nie ma tu sklepu, przynajmniej na mojej drodze. Skręcam na szosę do Walimia, i po osiągnięciu lokalnego najwyższego punktu skrecam w polną drogę kierując się na nienazwany szczyt. Mijam rolnika z broną zaprzegniętą w konia. Widoki są tutaj całkiem fajne, i przy takim widokowo atrakcyjnym miejsu, spotykam parę Wrocławian, którzy zaofiarowują zrobić mi zdjęcie, skoro i oni i ja pstrykamy ten widok. Okazuje się, że zamierzają kupić tą ziemię. Zazdroszczę im trochę tego widoku. Zaraz jest grzbiet i szlak schodzi do Przełęczy Walimskiej. Po drodze mijam jeszcze fotografa ze statywem, czyżby i jego zachwyciły widoki stąd, i jestem już przy parkingu, gdzie parkowanie płatne dziś jest w promocji. Jest 12:20, niecałe 3 godziny od Zagórza.
Droga na szczyt, który widać stąd całkiem dobrze (wieża jest już wyraźna) zajmuje mi godzinę. Kilka minut tracę na wymianę baterii w aparacie, przy ruinie, być może schroniska przy niebieskim i żółtym szlaku. Wchodzę na wieżę, i nietracąc czasu po kilku zjęciach schodzę do schroniska Sowa, gdzie spałem przed trzema laty. Niestety mój trud okazuje się stracony, bo budynek jest zamknięty na głucho. Więc z powrotem w górę. I kolejne 20 minut.
Znowu zaglądam do odnowionej wieży, tym razem do sklepiku, po coś do picia. Z jedzeniem trzeba będzie sie wstrzymać. Ruszam na niebieski szlak, który krąży na tyłach, zanim rozpocznie właściwe zejście przez zniszczony tutaj las. O 15 jestem przy Młynisku, skąd wędruje juz leśną drogą z dwoma innymi szlakami. Kwadrans później szlaki się rozchodzą, a ja zakręcam pod dość ostrym kontem, w drogę która będzie się przez następne 45 minut pięła delikatnie w górę, aż do osiągnięcia asfaltu. Po drodze spotykam tu dwóch grzybiarzy. Przypominam sobie też, o żyjących tu muflonach, ale żadnego nie spotykam. Dochodząc do drogi asfaltowej na Przełęcz Jugowską słyszę warkot silników na wysokich obrotach. Sprawa wyjaśnia się po chwili marszu drogą. Mijają mnie 3 szybkie motory pędzące po kilkakroć z góry na dół i z powrotem. Ruch jest znikomy, więc mają dużo zabawy na serpentynach. Dojście do zielonego szlaku zajmuje mi 30 minut, jest 16:00, w brzuchu burczy, trzeba coś wykombinować. Kilka minut niżej są Kamionki, gdzie znajdę hotel, a jak i hotel to i restarurację. I rzeczywiście nie muszę schodzić specjalnie daleko by zobaczyć zabudowania. Pierwszym jest ładna willa w trochę zakopianskim stylu, a dalej kilka zabudowań Hotelu Czarny Rycerz. Wstępuje tam, kuchnia zapowiadana wg wywieszki na drzwiach na pracującą od 17 już działa jak twierdzi recepcjonistka, mimo, że jest 16:40, zamawiam więc obiad z dwóch dań (rosół, pierś z grilla pod serem z opiekanymi ziemniakami i sał. vinegret) za 30 zł. Nocleg w jedynce to wydatek tutaj 110 zł. Sporo, ale może nie będę miał wyjścia. Szukam dalej. Niżej jest tablica pokoje do wynajęcia, przy kolejnej ładnej willi trochę z boku, ale właścicieli nie ma, bo na dzwonek nikt nie odpowiada. Schodzę więc dalej, pytając się kierowcy autobusu czy po drodze widział jakąś Agroturystykę. Wie o sklepie, więc wędruje do sklepu. W sklepie dostaje informacje, że kiedyś było coś takiego jako Villa Rosa, trochę niżej. Zachodzę tam, ale właściciel mówi, że już przestał pokoje wynajmować. Ale pociesza, że pierwszy dom który widziałem – Muchomorek to właśnie Agroturystyka. Widziałem co prawda tablicę na płocie z numerem telefonu, ale myślałem, że to może reklama (choć zrobiłem jej zdjęcie profilaktycznie) Zawracam więc w górę, szukam zasięgu, i gdy łapie kilka kresek dzwonię. Odzywa sie kobieta i zaprasza. Raźno więc maszeruję do góry.
Moi gospodarze są młodymi „zbiegami” z Wrocławia z dwu i pół letnim synkiem Antosiem. Dom remontują od roku, a od półtora miesiąca zaczęli przyjmować gości. Willa ma ponad 100 lat i przytulne pokoje na piętrze. Po wykąpaniu się schodzę na dół pogadać. Gadamy tak, do 22.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: