W Dolinie Bobru

• liczba saren vs liczba znaków szlaku po drodze do Rybnicy – 5:2
• liczba turystów: 0

Nocleg w Wojcieszycach wiąże się ze śniadaniem. Jest to bardziej Bed’n’Breakfast niż Agroturystyka. Wieczorem udaje mi sie też zamówić obiadokolację. Zupa jest z kluskami lanymi, taka trochę pomidorowa, natomiast na drugie trafia się kawał kotleta z piersi kurczaka na sałacie, warzywa gotowane (marchewka, brokuły, kalafior), oraz puree ziemniaczane. W sumie ziemniaków i warzyw jest na dwie porcje, i jedynie tych pierwszych nie udaje mi sie zjeść w całości. Zacinam sie jednak na ogromnym i pachnącym kawałku ciasta kakaowego na deser. Nie jestem w stanie już przełknąć go do końca – zabieram je na górę. Telefon komórkowy nie łapie tu sieci, ale jest internet bezprzewodowy. Oglądam trochę dziennik (nie ma TVN!) schodzę jeszcze na herbatę (do obiadu wypiłem trzy szkanki kompotu z dzbanka), i kładę się spać.
Rano na śniadaniu towarzyszą mi ponownie goście ze Szczecina, z rocznym szkrabem Mateuszem. Tym razem wywiązuje sie rozmowa, z której wynika, że dość intensywnie spędzają czas, jeżdżąc samochodem. Byli już na zaporze, na którą się wybieram, a dziś jadą do Karpacza. Narzekają trochę na brak rozwiązań w Polsce dla rodziców z małymi dziećmi. Np. wyciąg na Kopę stanowi przeszkodę nie do przejścia, bo te małe 13 kilo trzeba cały czas trzymać w rękach.
Po śniadaniu, które znowu staram się wykorzystać zjadając ile sie tylko da, co w tym przypadku równa się trzem naleśnikom, chyba 6 kromkom chleba z wędlinami i serem, przychodzi czas płacić. W sumie 70zł, 50 nocleg ze śniadaniem. Nie jest to mało i nie jest dużo. Łatwiej jest zapłacić 50 i 20 np w restaruracji niż razem 70. Ale w żadnej restauraji sie tak nie najadłem.
Wychodzę dopiero po 9:30, akurat na powrót mżawki. Droga przez Wysoczyznę Rybicy tym razem przebiega bez większych niespodzianek, choć szlaku raczej oznakowanego nie ma. Trakt szczęśliwie nie ma rozgałęzień i dopiero w fazie schodzenia trochę tracę pewność siebie. Szczęśliwie niedługo potem widać pierwsze zabudowania, więc już nie zginę. Na samym zejściu do miejscowości podejmuję złą decyzję idąc w prawo, zamiast w lewo, przez zabudowania. Nadkładam dobre 10 minut idąc przez wieś w stronę kościoła. Do wspomnianych zabudowań niemal wracam, od tyłu, starając sie osiągnąć opisane na mapie ruiny. Niestety ruin właściwie nie ma, jest tylko tablica z historią zamku, i jakieś gospodarstwo na szczycie wzgórza gdzie powinien stać zamek. Nie mam czasu jednak na zwiedzanie gdyż mżawka zaczyna stawać sie poważnym deszczem. Wracam do tunelu pod linią kolejową, by choć na moment skryć się przed wiatrem i kroplami. Nie muszę tu jednak zostawać na długo – deszcz wraca do mżawki, trzeba iść dalej. Mijam ponownie kościół w Rybnicy i skrecam w prawo, jeszcze równolegle do drogi krajowej, która przebiega kilkadziesiąt metrów wyżej. Po kilkuset metrach jednak następuje odwlekany moment jej przekroczenia i podążam pod wzniesienie nazywane Grząbka. Znakowanie tym razem jest dużo lepsze, i nie mam problemów by dotrzeć do ściany lasu, a pózniej do brzegu rzeki we Wrzeszczyńskim Przełomie. Zaczyna sie najciekawszy dziś odcinek, który doprowadzi mnie do zapory we Wrzeszczynie, pózniej przez terre incognita (nie mam mapy tego fragmentu) do zapory Pilichowskiej. Ten ostatni odcinek zaczyna sie lekkim falstartem, bo szlak biegnie drogą, a ja podążam w dół, przy rzece przez kilkadziesiąt metrów. Zresztą niedługo potem szlak opuszcza drogę, zaczynając od przeskoczenia ponad pół metrowego dołu wykopanego chyba pod kolejny wodociąg. Następne dwie godziny to wąska droga doliną rzeki. Czasem mam wrażenie, że obchodzę widziane trochę w dole jezioro dokładanie na przeciwko. Do tego dochodzi błoto, mokre liście smagające spodnie, no i podejścia i zejścia. Definitywnie punkt obowiązkowy każdej wycieczki do Parku Krajobrazowego Doliny Bobru – byle nie powtarzać go za często. W pewnym miejscu widzę porzucony przez rzekę most, taki obraz siły natury daje dużo do myślenia.
Około 15:15 osiągam długo oczekiwaną zaporę w Pilichowicach. Już tu wiem, że przejście ostatniego odcinka zajęło mi na tyle dużo, że nie wyrobię się do Chrośnicy na nocleg. Alternatywą jest będący po drodze Strzyżowiec, gdzie dzień wcześniej wyszukałem jakiś adres agroturtystyki, lub, jeśli to nie wyjdzie, któraś z ofert z niebedącej akurat po drodze wsi Czernica. W Strzyżowcu jestem o 17, pól godziny pózniej wiem już że noclegu nie uda mi się tutaj znaleźć. Znaleziony adres już nie jest aktualny, choć mają wciąż czynną stronę internetową (tak to jest z darmowymi). Robi się późno, choć zdaje sie pojawiać słońce na niebie, w wąskim prześwicie miedzy horyzontem gór, a pasmem chmur. Drugi telefon w Czernicy przynosi sukces. Pozostaje mi tylko przejść do sąsiedniej doliny i go znaleźć. Droga ta zbiera mi kolejną godzinę, sama wieś ciągnie się prawie 2 kilometry. Dużo tu starych domów w kratę, a jeden troche lepszy, i wyróżniający sie ozdobną dekoracją szczytu ma tabliczę nad wejściem z datą 1799. Mijam także pałac, kościół i dziwie się, bo numeracja domów nie ma precyzyjnych reguł. W końcu na przeciw dziwnej pałacowej wieży, bez pałacu, jest stary piętrowy dom, w którym, nad sklepem, widnieje napis Agroturystyka Bożena. To tu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: