Piaszczystą percią

W sobotę rano nie mogę się zdecydować czy zabrać do długo odkładanego sprzątania czy kontynuować wczoraj rozpoczętą rozgrzewkę przedwyprawową, w końcu, tuż przed południem, po doprowadzeniu lustra w łazience do oryginalnej funkcji przygoda wygrywa i szybko szukam jakiegoś szlaku w pobliżu. Odpada niebieski w okolicy Osiecka, jest trochę za daleko, odpada niebieski pod Górą Kalwarią, trochę nad Wisłą może być miejscami nie przechodny, no i niebieski nad Świdrem – szedłem nim zaledwie dwa miesiące temu. No ale przecież na kolorze niebieskim świat się nie kończy. Wybieram więc żółty z Międzylesia, którym dojdę do stacji w Józefowie, skąd do domu już tylko rzut beretem.

W Międzylesiu jestem o 12:25, nie jest to godzina dobra na zaczynanie szlaku, a już na pewno nie jest mądrze spieszyć się, tak bardzo z tego powodu, żeby nie zabrać żadnej wody. Wypiłem rano szklankę soku pomarańczowego, może wystarczy do najbliższego sklepu. Ale spożywczaków nie ma po drodze, która szybko opuszcza Patriotów, idąc równolegle ulicą Maciejowicką. Ja oczywiście gubię się już na samym początku i idę prostopadle Kożuchowską. Po wczorajszych przygodach z nadrobieniem ponad kilometra przez nadmierą ufność w mapę, dziś szybko postanawiam wrócić do ostatniego znaku i spróbować alternatywy, która tym razem już dalej jest zupełnie przyzwoicie oznakowana i dość szybko wchodzi w las, przy małym kawałku łąki, gdzie można sobie popiknikować. Szybko osiągam Trakt Napoleoński, mijam leśniczówkę, i dochodzę do Wolęcińskiej. Tutaj szlak biegnie w lesie obok drogi, za którą zaczyna się zabudowa. Na chwilę otwiera się widok na opuszczony świdermajer w nienajlepszej kondycji, dalej droga skręca nieco w lewo od ulicy, przekracza tereny szkółek leśnych, by powrócić na Wolęcińską, na skrzyżowaniu z Czołgistów. Tutaj znowu oznakowanie jest nieprecyzyjne, i skręcam na moment w prawo, zamiast iść mniej więcej prosto.

Jakieś 20 minut później szlak robi się ciekawszy i pojawiają się tereny podmokłe, oraz przez moment towarzyszy mi szlak czerwony – Warszawska Obwodnica Turystyczna. Pojawiają się też ludzie, głównie grzybiarze. Staje się mimowolnym słuchaczem kłótni małżeńskiej, jak to na grzybach. Niestety pojawia się też ryczący motocykl krosowy który zatruwa cisze lasu przez dobry kwadrans, zanim nie zniknie gdzieś za wydmami. Z czerwonym szlakiem jeszcze przyjdzie mi się spotkać, tuż przy Sanatorium w Mazowieckim Centrum Neuropsychiatrii w Zagórzu. Trochę kusi ten skrót, ale żółty szybko oddaje z nawiązką nadłożone kilometry stając się prawdziwą piaszczystą percią. Tutaj dopiero pojawiają się prawdziwe wydmy i piaski niczym na plaży. Dochodzę prawie do Starej Miłosnej, gdzie ostry zakręt szlaku biegnie koło właśnie takiej odsłoniętej góry piachu, szkoda że zabudowania zaczynają się tuż tuż, a z piasku wystają dziwne konstrukcje mini rozdzielni elektrycznej. Czemu akurat tutaj? Skupiam uwagę na odsłoniętych korzeniach sosny, starając się niezauważyć powieszonych tu i ówdzie plastikowych torebek ze śmieciami.

Idę skrajem Macierowskich Gór, wydaje się, że tuż za wydmą zaczynają się torfowiska, a spadku terenu nie powstydziłoby się niejedno pogórze. Nagle pojawia się kosmiczna tutaj budowla oczyszczalni ścieków przy Zagórzańskim Sanatorium. Kawałek asfaltu doprowadza do głównego wejścia do Szpitala, szlak okrąża go po prawej. I znowu skrzyżowanie ze szlakiem czerwonym. Później trochę nudniejszy odcinek przez las, z jednym fajnym punktem przecinki, z odrastającym się lasem sosnowym, na tle wysokich brzóz. Za 20 minut jestem przy asfaltowej szosie w Aleksandrowie. Czyżby tu znajdę sklep. Niestety. Tu się tylko mieszka, prowadzi hurtownię, ale nie handluje z sąsiadami. Wszyscy mają wypasione terenowe bryki i jeżdzą na zakupy kulturalnie do centrów handlowych. Wracam na szlak, ciekawie się robi przy następnej przecznicy, gdy wychodzę na kamienny nagrobek zapomnianego cmentarza ewangelickiego. Jest tutaj kilka kamiennych pomników sprzed drugiej wojny światowej, teren nie jest ogrodzony, dookoła na zalesionych działkach mieszakają jak gdyby nigdy nic ludzie. Trochę dziwnie. Ale robi się dziwniej, bo dalej droga wiedzie przez coraz większy śmietnik. Wyrzucone telewizory, łóźka, wraki wózków dziecięcych stwarzają przykre wrażenie, znaki nawet bledną. Chwilę dalej przechodzę największy kryzys dzisiaj, bo żadna z próbowanych dróg nie jest tutaj oznakowana. Na mapie szlak wiedzie wciąż w tym samym kierunku, ale nie ma tu drogi, młody las, jakiś rów który przeskakuje by kombinować na azymut, ale na nic nie mogę wyjść. Wracam więc niemal po własnych śladach (szczęśliwie, co wcale nie jest proste) i postanawiam jakoś równolegle osiągnąć ulicę Podkowy, a później na niej poszukać dalszego ciągu. Jest to jedyne miejsce kiedy przydaje mi się GPS z możliwością wyrysowania kierunku na mapie.

Niestety na ulicy Podkowy nie jest lepiej. Duży tu ruch, pędzą terenowe wehikuły, rowery wiejskie, czy wreszcie piesi od przystanku autobusowego. Sklepu oczywiście nie ma, ale im bliżej celu tym mniej mi na nim zaczyna zależeć. Dostrzegam jeden znak, ale nie ma żadnej z dróg, które powinny dalej na południowy wschód przeciąć to osiedle. To znaczy drogi są, ale prowadzą do nowych działek, i zamkniętych enklaw jakie powstały tutaj w ciągu ostatnich lat. Kto by się przejmował tutaj jakimś szlakiem kiedyś biegnącym po polach. Pstrykam tylko zdjęcie podmokłych terenów przy drodze, które przybrały zielony kożuszek, i zdążam w stronę Falenicy, znowu natrafiając na Trakt Napoleoński, który tutaj nazywa się Napoleona Bonaparte. Tyle że żółtego szlaku, który tu powinien biec już nie ma. Jest za to czarny. Czarny namalowany na żółtych znakach, jak wykazują dokładne oględziny. Ale tymczasem znowu pojawiają się wydmy i szlak prowadzi w większości ich grzbietem. Borowa Góra, później już najwyższy punkt z kiedyś wspaniałym widokiem – czyli Łysa Góra, i zejście do pominka lotników w Michalinie. Gdzieś w połowie tej drogi szlak żółty znowu staje się żółty i widzę, że nowy żółty odchodzi jakoś w prawo, czyli pewnie jest wymalowany na nowo (przynajmniej z tej strony) i omija Aleksandrów, jakoś. Spotykam ślady kijków od Nordic Walking, rowerzystów górskich, a nawet pewną parę młodych amatorów grzybobrań z którymi wymieniam kilka zdań wykrzykując je na 50 metrową odległość. Józefowianie są dość otwarci.

Dalej już znajoma droga, tyle że zawsze szedłem tutaj na skróty, a teraz idę planowo, za znakami, by wreszcie po 5h i kwadransie maszerowania z krótkimi fotostopami osiągnąć ulicę Matejki. Stąd do stacji jeszcze 20 minut, a do domu kolejne 10. A w domu, wreszcie, czeka mnie coś do picia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: