Pod Otrytem

Z Magury Stuposiańskiej do Dwernika szlak prowadzi starą, leśną drogą. Nie ma już większych podejść, znowu długo schodzimy. Znakowanie, na które przez całe Bieszczady nie mogłem powiedzieć złego słowa tutaj trochę się psuje. Są ze dwa momenty kiedy droga się rozchodzi i nie ma oznaczenia, którą z odnóg wybrać, znak szlaku pojawi się za chwilę, którą trzeba przejść niepewnie. Na samym dole jest też kompletne zejście drogi z czterech dróżek, idąc w przeciwnym kierunku mamy duży orzech do zgryzienia bo znakowania tam nie dojrzałem.
I znowu lekko przelraczam podany czas zejścia. Nie jest to tym razem problem bo jest około 15stej. Szlak po osiągnięciu drogi potrzebuje pól godziny by dotrzeć do krzyżówki i mostu na Sanie. Mijam po drodze trzy potencjalne noclegi licząc, że znajdę coś bliżej pasma Otrytu. Jednakże Dwernik kończy się na jakiś kilometr przed krzyżówką. Za nią, już na drodze do Zatwarnicy pojawiają się kolejne adresy przypisane do Dwernika, ale procz Stanicy ZHP, i działki z czymś co przypomina letnie domki nie ma tam nic, co można by podciągnąć pod wynajem pokoi. Wiejskie zabudowania, leśniczówki, i kartka, że Chata Socjologa od 24 zamknięta na prywatną imprezę. Mimo wszystko pytam mieszkańców, i kieruje swe kroki do tego domu z domkami kempingowymi, lecz nikogo tam nie zastaje. Domki też są jakoś zapakowane drewnianymi deskami, i nie wyglądają szczególnie atrakcyjnie. Schodzę ponownie do krzyżówki i idę kawałek w stronę Smolnika. Tutaj spotykam brodacza z żoną. Robili zakupy w sklepie obok a teraz szukają noclegu. Ostrzegam ich przed ogłoszoną rezerwacją Chaty, i liczę trochę, że w sklepie, który wygląda jak bar, będzie można coś ciepłego zjeść. Niestety. Wypijam wiec Leżajska, chyba najszybciej w życiu. I postanawiam wrócić do noclegów kilometr wcześniej. Na szczęście w pierwszym domu reklamującym się jako agroturystycznyka z noclegiem nie ma problemu. Jedynymi gośćmi jest ekipa budowlana sąsiedniej willi.
Mając nocleg postanawiam sobie przede wszystkim zorganizować coś na ząb, na obiad, a to oznacza wizytę w sklepie, skoro nie będę miał już plecaka można podejść do Chmiela i rzucić okiem (obiektywu aparatu) na cerkiew, może nawet podjechać w przeciwnym kierunku do Smolnik, gdzie cerkiew jest jeszcze bardziej zabytkowa. Odkładam zakupy na pózniej i dziarsko maszeruję drogą próbując łapać stopa. Bezskutecznie. Mijam wielki teren zagrody turystyki konnej U Prezesa z końmi pasącymi się na pastwiskach. Kolejne jakieś półtora kilometra i zaczyna się nieco bardziej zwarta zabudowa. Jeszcze tylko zdjęcia z punktu widokowego, kilka domów i widać teren kościoła. Po drugiej stronie drogi, przy prostopadłej ulicy, przy sklepie, na ławkach siedzą jacyś ludzie i machają do mnie. Odmacham im i idę robić zdjęcia.
Wracając postanawiam bliżej się zainteresować machającymi, może mnie podwiozą z powrotem. Intuicja podpowiedziała mi, że nie mogą to być Polacy i tak jest faktycznie. Holendrzy. Nieco starsi ode mnie. Mówiący całkiem nieźle po polsku. Od wielu lat w Chmielu. Dynii i Wilfred. Spędzam z nimi chyba z godzinę, albo i więcej. Zaczyna się od machania, że w Holandii to normalne i każdy do siebie macha, najczęściej na rowerze. A w Polsce trochę gorzej, Dynii lubi sprawdzać czy jej odmachają. Pomimo tego, że jestem z dużego miasta, których nie lubią jestem więc spoko. Słucham ich opowieści jak zakochali się w okolicy, w wolności jaka tutaj była, o tym jak ich przerobili na ziemi, jak przyjechali do Polski wioząc pomoc humanitarną do małych miasteczek. Jak Dynii straciła psa, mądrej rasy, który rozumiał 200 słów, bo ktoś go potrącił trzy tygodnie temu na drodze jedynej którą można pędzić samochodem. I będąc wolna zastanawia się czy nie zmienić Polski na kolejne wyzwanie, skandynawię, kolejny język do nauczenia się. Tyle że Wilfred, który jest z nią (to ona głównie mówiła) już 17 lat nie chce wyjeżdżać stąd. Sluchałbym ich pewnie dłużej, ale czułem że zaczyna się zmierzchać, a potrzebuję jeszcze wrócić do Dwernika. Podziękowałem za piwo, zrobiłem małe zakupy w sklepie, wydał mi się nieco większy niż w Dwerniku i podreptałem z powrotem. Tym razem miałem wiecej szczescia, bo koło Prezesa zatrzymał się trzeci jadący samochód i podrzucił do skrzyżowania.
Na ławkach, przy krzyżówce zobaczyłem grupkę młodzieży z plecakami, nie mogłem więc nie zagadać. Szli z Mucznego, a teraz szukają noclegu również zaskoczeni sytuacją z zamknięciem Chaty Socjologa. Zaproponowałem im by zanocowali na mojej kwaterze, bo były wciąż wolne miejsca, plus był taki, że po raz czwarty odcinek kilometrowy do Dwernika mogłem pokonać rozmawiajac, co z pewnością go skrociło.
Na kolację zjadłem dwie torebki ryżu ze śmietaną, moi znajomi (z Warszawy jak się okazało) woleli zamiast pozostałego ryżu zupki w proszku. Choć dwie paczki ryżu wyglądały ogromnie nawet nie poczułem jak je zjadłem. Musiałem dopchać się chlebem otwierając pasztet.
Na koniec dnia, przy kuchennym stole, przy jeszcze jednym piwie (które zakupili mi w sklepie, razem ze swoimi, udając się tam już po zmroku) opowieści krążyły dla odmiany wokół splywów kajakowych. Może dlatego, że na dworze zaczął padać deszcz.

Nadmiar chmielu w Chmielu obudził mnie jeszcze w środku nocy i dam głowę, że w pobliżu ryczał jeleń.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: