W Komańczy

Strategiczne zastanawianie przyniosło mi myśl, że dalej mi się już dziś iść nie chce.
Szlak z punktu widokowego chwilę razem z drogą szedł grzbietem, ale nigdzie nie było jak umieścić na polu znaków, a że droga skręcała nieco w prawo, wyjąłem mapę by zweryfikować jego kierunek. I faktycznie należało zejść nieco na północ, i tak trochę na czuja doszedłem do linii drzew w miejscu w którym szlak miał sens. Dojrzałem resztki wielkiego znaku, a resztki dlatego, że kora na której był namalowany złuszczyła się i odpadła.
Rozpoczęło się długie zejście, przedłużane dodatkowo koniecznością omijania kałuż i kolein wypełnionych wodą. Zauważyłem też pierwszy raz ślady kopyt końskich. Zbliżają się Bieszczady.
Po jakiejś godzinie, na moment dołączyły znaki szlaku spacerowego, na ktorych poczekałem moment na zbliżającą się pare letników. Ale szli tędy pierwszy raz i nie mieli pojęcia jak jeszcze daleko.
W końcu po kolejnych jakiś 40 minutach wyłoniła mi się przypominająca drewniane sześcienne pudełko bryła schroniska. Była godzina 16.
Po zjedzeniu obiadu spytałem się o bazę namiotową Rabe, ale młodzi gospodarze nie potrafili mi nic konkretnego powiedzieć, o gniazdka w pokojach (są), o sklep (20 minut, ale okazał się bliżej niż myślałem, czynny od 6 do 20) i o czas przejścia do Cisnej. 12 godzin. No tak. Dwa dni z rzędu nie mogę iść morderczych dystansów, bo co to za przyjemność. Już wczoraj zamiast dlużej sobie posiedzieć beztrosko z widokiem na góry, zastanawiałem się czy nie będzie znów późno jak dojdę.
A wcale schronisko mogło mnie nie przyjąć. Dwa dni wcześniej było pełne przez ekipę filmową, która kręciła spektakl teatru telewizji o Kardynale Wyszyńskim, premiera w listopadzie.
No ale to było dwa dni temu, dziś nie było jeszcze nikogo.
Korzystając z odrobiny jeszcze dnia i słońca postanowiłem umyć włosy, i mokrymi pójść obejrzeć klasztor. Na tarasie schroniska wycieczka emerytowanych chórzystów (słyszałem później ich śpiew niżej przy autokarze) popijała herbatę. Zwiedzili zapewne izbę pamięci Kardynała i korzystali z czasu wolnego.
Po drodze do klasztoru, który faktycznie był rzut beretem w górę minałem trójkę trzydziestoparolatków z dzieckiem zmierzających w tym samym kierunku. Przed budynkiem są ławeczki, obok mały ogród i trwa remont, co najmniej domku obok. Do środka jednak nie zajrzałem.
Zejście na dół urozmaiciłem sobie idąc do kapliczki leśnej, a później w doł schodami aż do zasiatkowanego kawałka lasu, który okazał się cmentarzem wojennym. Obok była reszta mostku która prowadziła na nasyp kolejowy z niewyróżniającym się niczym poza tablicą przystankiem Komańcza Letnisko. O dziwo był też w miarę swieży rozkład – ale pociągi jeździły tylko dwa, i to w wakacje.
Torami poszedłem do miasteczka obfotografowując co się dało.
Zaraz za niezbyt odległym kościołem drewnianym jest kawałek placu, i droga prowadzącą w lewo do Duszatyna. Tam też skręca mój dzisiejszy odcinek GSB. Robiąc tak zdjęcia zauważyłem dwóch chlopaków z plecakami, minęli mnie jednak w dużej odległości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: