Białym szlakiem

Wychodząc z Iwonicza natknąłem się na kilka zupełnie zamazanych znaków i zacząłem kombinować czy aby na pewno idę właściwym szlakiem. Na szczęście od czasu do czasu pojawiał się także pełny znak. Czyli nawet gdyby aktualnie GSB był wyznakowany inaczej to tu wiodła jego stara nitka, która też mnie do celu doprowadzi. Nieco później pojawiły się bardziej precyzyjne znaki, ale całe białe. Wreszcie zagadka wyjaśniła się zupełnie, kiedy spotkałem z całym artystycznym oprzyrządowaniem panią Magdę.

Poznałem jej imię dopiero w Rymanowie, kiedy opowiedziałem o mojej przygodzie gospodarzowi do którego zresztą mnie skierowała. Pani od malowania szlaków. A tak. Pani Madzia – odpowiedział. Prowadzi także biuro turystyczne i bardzo kocha te góry. Co z resztą sama mi przyznała opowiadając trochę jak się w nich zakochała i wróciła do nich na dobre. Przypomniała trochę czasy, których już nie ma. Kiedy wszystko trzeba było nosić na plecach na dwa tygodnie, bo po wsiach nie można było niczego kupić. Nawet, a może w szczególności, denaturat do maszynki do gotowania. Wymieniliśmy się historiami ze schronisk, gdzie moją rolą było trochę przywołuwanie aktualnego stanu rzeczy, z przed roku przynajmniej. Pokazała mi specjalny przyrząd do usuwania wierzchniej warstwy kory by nie zrobić krzywdy drzewu, co jest czasem potrzebne by dać szary podkład pod biały prostokąt znaku. Zauważyła, że w PTTK warto mieć odznaki, o ktore ja nie dbam, bo nawet do znakowania są potrzebne kwalifikacje. Gadalibyśmy tak pewno jeszcze z godzinę, ale zabrała się do pracy co ja odczułem jako sygnał do dalszej drogi. Za jakiś czas zrozumiałem, że stało się to nie przypadkiem, bo kwadrans pózniej a szedł bym już kompletnie po ciemku.

Nauczka na przyszłość i to bliską jest taka, że o godzinie siódmej w lesie już jest ciemno. Każdy kolejny dzień muszę zaczynać odpowiednio wcześnie by najpóźniej o 18:30 być na miejscu.

Wracając do świeżo namalowanych znaków i wskazówek ustnych, to i tak trochę się pogubiłem. Tuż po zejsciu do wąwozu zamiast pójść odrobinę strumieniem poszedłem za wąska ścieżką w górę. I to ostro. No i po chwili błądzenia po stoku uznałem, że mądrzej będzie zejść niż atakować na azymut gorę. Nawet pomimo karkołomnego nachylenia. Na szczęście pózniej było już łatwo.

Rymanów długo się nie pojawiał. Wyszedłem na wprost Koscioła, skręciłem w prawo i poszedłem jeszcze z kilometr drogą, aż do agrogospodarstwa państwa Śliwków. Okazało się, że było warto. Przyjęli mnie bez właściwie zbędnych pytań umieszczając w trzyłóżkowym Grzesiu (każdy pokój ma tu imię, co na początku trochę myli, no bo jak ci mówią idź do Grzesia to jak reagujesz?). Trochę zaskoczył widok sporej, chyba cygańskiej rodziny, zakwaterowanej chyba na parterze. Tyle ze nie mam powodów do narzekania, bo jest cicho jak makiem zasiał. Skąd więc te uprzedzenia.
A tu nawet ręcznik dają. Prawie jak w hotelu, za 35 zł. A interes tu kręci się całkiem nieźle, bo turnusy w pobliskich sanatoriach trwają cały rok, a często taki rodzic czy małżonek zostaje kilka dni nocując tutaj, zamiast w drogim hotelu. A gospodyni jest nauczycielką sanatoryjną, wiec mali goście czasem mogą tu przebywać nawet w czasie roku szkolnego, bez straty lekcji. Sprytne.

Jutro tylko nieco dłuższy odcinek. Bez pospiechu więc znajdę czas na zwiedzanie zabytkowej części kurortu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: