Kremowo

Wadowice osiągnęliśmy w niecodzienny sposób, przynajmniej dla nas, czyli busem. Jednocześnie było to odstępstwo od planu, właściwie chyba jednoznaczne z jego porzuceniem. A plan był taki by dostać się do Lanckorony, odpocząć tam dzień, własnie odwiedzając Wadowice i Kalwarię Zebrzydowską. Następnie pomaszerować do Myślenic, dalej przez pasmo Lubomira do Kasiny Wielkiej, by ostatniego dnia wejść na Luboń, i zakończyć wedrówkę w Rabce. Tak, taki piękny plan mieliśmy. Niestety natura znowu okazała się silniejsza, tym razem nie pogoda, a człowiek. A konkretnie kolano. I choć duch był duży, a pamięć krótka to dalej iść się nie dało.

W Wadowicach odszukaliśmy preżną tutaj informację turystyczną, tuż za bazyliką, w budynku muzeum. Miła dziewczyna wręczyła nam ulotkę z noclegami, oraz drugą z mapką miasta. Zlokalizowaliśmy najbliższy nocleg na ulicy spadzistej nad dawnym pubem Kusiciel. Na miejscu okazało się, że na piętrze, gdzie wydawać się powinny być mieszkania, jest punkt sprzedaży używanej odzieży. Dzwonimy pod numer telefonu, gospodarz stwierdza, że dziś nie ma miejsc. Bardziej jednak jestem skłonny uwierzyć, że musi mieć czas na uprzątnięcie tych ubrań. Pozostałe, tańsze miejsca noclegowe są dużo dalej, postanawiamy więc gdzieś spocząć i zastanowić się gdzie zadzwonić dalej. Wracamy na płac przy bazylice, siedzenia przy fontannie są pozajmowane, trafiamy do cukierni, zwabieni przez naganiaczy, jednej z wielu cukierni. Bo w Wadowicach właściwie jest tylko jedno ciastko – kremówka. Bierzemy więc sobie po jednej, zamiast klasycznego budyniu jest w niej coś, co opiera się na serze. W międzyczasie nadciągają czarne chmury i zaczyna grzmić. Dzwonię pod kolejny adres z listy, uzyskanej w informacji. Starszy człowiek potwierdza, że ma dostępne noclegi, i oferuje nawet, że po nas przyjedzie. Ponieważ burza zdaje się zblizać decydujemy się na podróż niezwłocznie, choć godzina jeszcze jest młoda. Za moment mają pozamykać lokalne muzea.
Umawiamy się na przystanku taksowek, który jest jednocześnie miejscem końca i początku wiekszości tras lokalnej komunikacji busowej. Po kilku minutach facet przyjeżdża, i jedziemy około kilometra ulicą Karmelicką. Nocleg to pokoje na parterze w domu jednorodzinnym, nasz gospodarz zamieszkuje na piętrze. Warunki są niczego sobie, cena 25zł, podobno najtaniej w mieście. Pokoje gościnne i łazienka z ogromną wanną są na takim półpiętrze, na dole przy przedpokoju ze stołem jest kuchnia, a jeszcze niżej, w przyziemiu jest jadalnia, i toaleta. Wychodzę mimo odległych grzmotów po zakupy, trafiam do małego kiosku spożywczego, wykupuję ostatnie trzy bułki, trochę mało jak na kolację i śniadanie. Zjadamy je zaraz po moim powrocie. Długi dzień jednak nie pozwala nam na bezczynne siedzenie do nocy, bo to jeszcze dużo czasu, zabieramy się do centrum. Małe zakupy w bardziej zaopatrzonym sklepie, w którym młoda sprzedawczyni ma problem z odroznieniem rodzajów ogórków (kiszonego w szczególności), zdjęcia rynku w półmroku, pózniej deszcz, który nas na nim zatrzymuje na ponad pól godziny. W końcu, skuszeni mijaniem postoju taksówek wsiadamy do jednej z nich, z debatowanych 12zł robi się 15, a adres nie jest potrzebny.

Następnego dnia zwiedzamy Wadowice w blasku słońca, zaczynając od Karmelu na Górce. Na rynek docieramy koło 11:30. Bagaże zostawiamy w informacji na parterze muzeum. Dokładnie oglądamy Bazylikę, wspaniale odnowiony neobarkowy budynek kościoła halowego; później muzeum w domu rodzinnym na piętrze kamienicy tuż przy muzeum (bo w muzeum, które jest w jednym ze starszych budynków, mieścił się bar mleczny chyba, w którym Karol z ojcem stołowali się po śmierci matki). Zakonnica z zakonu nazaretanek przez mikrofon przypomina, że idzimy gęsiego najpierw lewą stroną, by wrócić prawą (bo ja oczywiście od razu oglądam cały pokój). Zjadamy obiad na świeżym powietrzu, w parku poniżej, w „obiadach niedzielnych”, oglądamy gmach towarzystwa Sokół, niestety mocno przebudowany i pozbawiony kompletnie uroku, wracamy na plac, wstepujemy do galerii aniołów, wchodzimy po schodach na rynek, jescze jedne kremówki, tym razem bazujące na maśle. Ostatnim etapem jest powrót do muzeum i zwiedzanie wystawy multimedialnej o przedwojennych Wadowicach. Zabieramy plecaki, i idziemy na przystanek, wsiadamy do romanbusa do Kalwarii (po 3zł), ale kierowca po tym jak dowiaduje się o cel naszej podróży oddaje pieniądze i kieruje nas na inną linię, która nas dowiezie bezpośrednio do Lanckorony, i to za kilkanaście minut.
Czekamy zajmując czas czytaniem gazety. Busik w końcu przyjeżdża, bilety są już trochę droższe, bo po 4,50zł. Po drodze możemy podziwiać budowę zbiornika w Świnnej Porębie, który jeszcze jest pusty, ale tama jest już zbudowana, i bez wody wygląda jeszcze bardziej imponująco.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: