Rynek w Kroscienku

Jestem w centrum. Gwarno. Kilka miejsc, gdzie mozna usiasc pod parasolami i wypic piwo (4.50 za Tyskie), a nawet zjesc. Rynek. Centralny punkt spotkan mlodziezy, zulow, turystow. Siedze tylem do wielkiej, pamiatkowej studni, jest juz zbyt ciemno by robic zdjecia. Na wprost mnie slynne 3 historyczne domy przy rynku; z dziewietnastego wieku, male, biedne, dwa okna i szerokie wejscie – wysokie drzwi, teraz powiedzielibysmy do garazu. Na lewo od nich 3 nieco wieksze domy, w tej samej koncepcji, ale z pietrem, obrocone tak, by dachy spadaly prostopadle do rynku, w dachach balkony.
Flisak rozmawia przez telefon, czuc spalony tluszcz frytek, w barze gra tvn, z glosnikow dobiega feel. Zmierzcha sie, zapalaja sie latarnie. Cieply, chyba ostatni taki cieply wieczor w tym roku.

Jutro bedzie tu handel pelna geba, wpadne rano obejrzec co ciekawego na takim targu mozna znalezc – jesli cos kupie, to na poczte i przesylka do domu. Dzwiganie nie wchodzi w gre.

Zaraz po zejsciu ulica Luban odwiedzilem lokalny supermarket, by ugasic pragnienie, kawalek dalej zaczynaja sie grille i kebaby zgromadzone w okolicy mostu, glownego punktu Kroscienka. Kawalek dalej jest rynek, skrecilem na chybil trafil w prawo i zaczalem sie rozgladac za jedzeniem. Regula na tego typu wyprawach jest taka: najpierw pytac, pozniej kombinowac. Druga spytana osoba kieruje mnie dalej ulica Mickiewicza, trafiam do restauracji Przyslop. Wystroj mysliwski, ale troche spelunkowato, na srodku stol do bilarda. Jacys ludzie jedza obiad, zrzucam plecak, siadam i ja. Mlodsza kelnerka gada przez telefon, starsza troche zwleka zanim do mnie trafi – poleca piers z kurczaka. Domawiam do tego frytki i marchewke, rosol tylko 3 zlote, ale sie wycofuje z zupy, i dobrze, bo porcja jest ogromna. Tyle ze, nie oczekujmy cudow, piers jest z patelni, i jednoczenie, jakby niedosmazona. Place 17 zl, gaszac na opak pragnienie goraca herbata. Czy zna jakies noclegi – kelnerka dzwoni do znajomych, ale nie, jednego na jedno noc, niekoniecznie, ten wyraz, ktory na moment miga przez jej twarz mowi wiele – nie warto.
Kieruje mnie na ulice Sw Kingi, nie chce jeszcze przekraczac mostu, wiec rezygnuje ze Zdrojowej. Podazam ulica szukajac nie wiadomo czego, najladniejszego domu, najbrzytszego, najdalszego?, w koncu zawracam przyjmujac zalozenie, probujemy jak najblizej rynku.
Pierwszy dom jest zajety, dzwonie pod telefon wywieszony przy nastepnym. Tak, sa miejsca, ale – maz przyjedzie po pana, jestesmy tez na ulicy Luban. O nie -przemyka mi przez glowe, znowu mam wrocic tam, na droge, ktora tak mozolnie schodzilem. Nie mniej jednak jakos nie moge sie zdobyc na odmowe, czekam na srebrna nubire.
Na szczescie nubira nie nadjezdza. Zamiast niej pojawia sie wlascicielka, z kluczami. Zostaje na sw Kingi, 50 metrow do rynku.
Poniewaz noc jest jedna, gospodyni inkasuje 30 zlotych. Wydaje mi posciel, instruje co do trzech kluczy, ktorymi zamykac mam kolejne drzwi, udowadnia ze woda jest goraca (wsadzam palec – ku ogolnemu zadowoleniu – z kranu plynie ukrop).
Nic to, jestem szczesliwy, ze juz koniec. Na dzis. Jutro z rana, jeszcze skocze w Pieniny. Nie bedzie drugiej okazji. Na szlaku jak w zyciu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: